Rewolucja a la carte

Rynek kart płatniczych wydaje się być modelowym okazem oligopolu – kilku wielkich graczy, kilka lokalnych płotek i… nic się nie zmienia od lat. Z rzadka pojawia się nowy konkurent, który obiecuje zmienić zasady gry. Tym razem zapowiedź zmian jest wyjątkowo wyraźna – już w nazwie Revolution Card stara się pokazać, że chce być kartą XXI wieku.

Revolution Card nie jest już nowinką – projekt wystartował w końcu 2007 roku. Wart odnotowania jest jednakże fakt, że jest to pierwsze nowe przedsięwzięcie na kartowym rynku w USA od czasu premiery systemu Discover w 1985 roku. Ponad 20 lat – to wiele mówi o barierach wejścia na rynek i ryzyku jakie bierze na siebie każdy, kto ośmieli się rzucić rękawicę gigantom.

Za ambitnym planem zrewolucjonizowania rynku kart płatniczych stoi kilka interesujących nazwisk. Pierwsze z nich to Steve Case – jeden z założycieli i CEO AmericaOnLine oraz architekt, nieudanej (jak oceniła to historia) fuzji z Time Warner. Drugi śmiałek to Jason Hogg, obecny CEO Revolution Money Inc., firmy wprowadzającej kartę na rynek. Jason jest synem Russella Hogga… weterana kartowego rynku, byłego agenta FBI i CEO MasterCard International. Można zatem powiedzieć, że sposób działania karcianych korporacji poznał od podszewki.

James Hogg z ojcem przed pierwszym bankomatem MasterCard (fot. Fox News)

Gdzie tu rewolucja?

Karta Revolution różni się od swoich poprzedniczek już na pierwszy rzut oka. Na karcie nie ma numeru, nazwiska posiadacza ani żadnych innych danych. Jak twierdzi wydawca, taka „tajemniczość” to dodatkowe zabezpieczenie przed nieuprawnionym użyciem i kradzieżą tożsamości. Wszystkie transakcje zatwierdzane są PIN-em, co stanowi nowość na amerykańskim rynku. Co więcej, użytkownik może dowolnie często zmieniać PIN, jak również definiować tymczasowe numery na potrzeby jednorazowych transakcji (np. gdy obawia się nieuczciwości sprzedawcy).

„Rewolucyjna” karta jest kartą kredytową i pod względem parametrów finansowych nie odstaje od zwykłych kredytówek zalewających amerykański rynek. Wysokość oprocentowania kredytu uzależniona jest od credit scoringu aplikującego klienta, a wydawca współpracuje z wieloma bankami, które zapewniają obsługę linii kredytowych. W promocyjnych materiałach podkreślana jest elastyczność rozwiązania – współpracujący wydawcy mogą łatwo przygotować karty o cechach dobranych do docelowego segmentu rynku, karty co-branded itp.

Z punktu widzenia akceptantów prawdziwa rewolucja to brak opłaty interchange, którą zastąpiono tzw. transaction processing fee w wysokości zaledwie 0,5%. Różnica polega tutaj nie tylko na innym nazewnictwie, ale przede wszystkim na znaczącym obniżeniu kosztu akceptacji plastikowego pieniądza. W porównaniu z opłatami pobieranymi przez konkurentów (średnio około 2% dla kart kredytowych i nieco mniej w przypadku debetowych na amerykańskim rynku) jest to niezwykle atrakcyjna propozycja. Liczba akceptantów jest obecnie bliska 150.000 (w tym wielu znaczących graczy-detalistów: Barnes&Noble, Office Depot, CVS Pharmacy itd.) a do końca 2008 roku firma planuje pozyskać około miliona punktów handlowych. Przyciąganie kolejnych klientów ułatwić ma, obok argumentów cenowych, możliwość wykorzystania istniejącej infrastruktury – do przyjmowania karty Revolution nie jest konieczny osobny terminal.

W czasach natłoku informacji o internetowych wyciekach danych i oszustwach Revolution Card nie boi się przyznać do tego, że w procesie autoryzacji wykorzystuje właśnie globalną sieć. Decyzja o takim a nie innym typie infrastruktury stojącej za obróbką transakcji była podstawą całego modelu biznesowego. Reklamując kartę jako pierwszą „web based” wydawca ma zatem na myśli nie tylko, że przeznaczona jest w głównej mierze do transakcji w handlu elektronicznym, ale również to, że jej działanie możliwe jest dzięki Internetowi.

… i do tego zadzierają z PayPal’em

Karta Revolution nie jest jedynym przedsięwzięciem Revolution Money Inc. – firma zdecydowała się także wkroczyć na rynek elektronicznych płatności. Revolution Money Exchange to pod względem funkcjonalności w zasadzie kopia PayPal’a, MoneyBookers i podobnych serwisów, które określa się czasem mianem płatności e-mailowych czy P2P.

Użytkownicy Money Exchange (wyłącznie mieszkańcy USA) mogą przesyłać między sobą środki, wystawiać rachunki natychmiastowo i bez dodatkowych opłat za sam transfer pieniądza. Podobnie jak w innych tego rodzaju serwisach istnieją pewne ograniczenia dotyczące przesyłanych sum (1000$ jednorazowo, 2500$ miesięcznie) oraz opłaty za wprowadzenie i wyprowadzenie środków z systemu (np. 2,50$ za czek pozwalający wypłacić środki). Usługa skierowana jest także do prowadzących internetowy handel, chociaż szczegółów oferty dla e-sklepów na próżno szukać na internetowej stronie systemu.

O Money Exchange warto wspomnieć przy okazji „rewolucyjnej karty” dlatego, że jednym ze sposobów korzystania ze zgromadzonych w Exchange środków jest karta przedpłacona. Może być ona używana w taki sam sposób jak kredytówka Revolution – w bankomatach i punktach handlowych akceptujących karty z logo „r”.

 

Bottom line – kto ceną wojuje…

Marka Revolution wchodzi na dojrzały rynek kart płatniczych w USA w sposób typowy dla „nowego na podwórku” – z zawadiacką miną i garścią przechwałek. Głównym argumentem mającym przyciągnąć akceptantów jest cena. Kupcy oszczędzając na opłacie interchange mają szansę zaoferować swoim klientom dodatkowe zachęty – bonusy, gratisy itp. Teoretycznie sytuacja „win-win”: baza użytkowników i akceptantów powinna rosnąć jak na drożdżach. Pozostaje jednak pytanie czy akceptanci zrobią to, o co tak zabiega Revolution, czy będą woleli raczej zatrzymać dodatkowy zysk.

Jak zwykle w przypadku systemów płatności (zwłaszcza P2P) o powodzeniu całego przedsięwzięcia zadecydują zewnętrzne efekty sieciowe. By utrzymać się na rynku, Revolution będzie musiał szybko zbudować sporą bazę użytkowników. Jeśli przewaga w postaci niższej ceny nie wystarczy na dłuższą metę, nowy system utknąć może w internetowej niszy. Osobiście kibicuję „rewolucyjnej” karcie, w tej branży (szczególnie w Polsce) przydałoby się trochę więcej konkurencji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *